czwartek, 22 grudnia 2011

Choinkowe ciasteczka...

Kamilek męczył mnie o ciasteczka na choinkę. Męczył, męczył aż w końcu dałam się namówić i je upiekłam. Przepis jest banalnie prosty i aż ciężko uwierzyć, zę wychodzą z niego takie pyszności...

Składniki:

1 żółtko
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego lub 2 łyżeczki cukru waniliowego
375 g mąki
250 g masła
140 g cukru pudru

Żółtka utrzeć z cukrem pudrem, dodać resztę składników i wstawić do lodówki do oziębienia. Rozwałkować, wycinać dowolne ciasteczka i piec je w 180 st. przez ok. 10 min. I to tyle...

Potem pozostaje nam je tylko udekorować. Ja zrobiłam domowy biały lukier (białko, cukier puder i kilka kropki soku z cytryny) i całość posypałam posypką...

Na choinkę zostawiłam te najbardziej przypieczone a reszt została do zjedzenia. Leżała aż dwie godziny, potem zostało mi jedynie zebrać pusty talerz. A dziś reszta ciasteczek zawisła na choince...

niedziela, 6 listopada 2011

O czymś...

Miałam dziś pisać o czymś zupełnie innym, ale jakoś mi nie idzie. Miało być o moim mieście. Mieście, które jest moim domem i z którym się całkowicie utożsamiam. Nie umiałabym żyć gdzie indziej na ziemi. Po prostu bym nie umiała. Ale nie będzie o tym... Muszę zebrać myśli i dobrze się przygotować.

Chciałam napisać o przyjaźni, a może raczej o jej braku. Wygodnie mi w domu. Lubię to ponad wszystko. Lubię gotowanie, pieczenie, dbanie o wszystko. Lubię to i już. Nie znoszę tylko, kiedy mówi mi się, że jestem nieszczęśliwa. Nie znoszę tego! Nie dla każdego jest wielka kariera i biznesy. Wiem, że nie dla mnie i tyle. A jednak równocześnie brak mi pracy. Brak mi codziennego wychodzenia z domu. Tamtych ludzi i atmosfery między nami. Brakuje mi ich jak diabli. Każdego dnia o nich myślę, bardzo ciepło o nich myślę. Zastanawiam się, czy mogłabym tam jeszcze wrócić i jakby mnie przyjęli. Wiem już jak mnie pożegnali, ale jak by mnie powitali z powrotem? Tego nigdy się nie dowiem. A jednak tli się we mnie taka mała iskierka nadziei. Taka maleńka, jak ziarnko piasku. A jednak jest i nie daje mi spokoju. A może jak wcale nie potrzebuję spokoju? Powiem szczerze, że jestem ostatnio po prostu skołowana. Już sama nie wiem, czego chcę od życia. Jeszcze pół roku temu wiedziałam. Wiedziałam czego chcę i gdzie chcę być. To prawda, że miałam różne myśli, niektóre prowadziły do dosyć radykalnych zmian w moim życiu. W moim i nie tylko w moim. Bo różnie to bywało.

piątek, 12 sierpnia 2011

Kłodzko...

Dziś zapraszam na spacer po Kłodzku... Po jego przepięknym rynku z barokowym i renesansowymi kamieniczkami...




I ogromnej bastionowej twierdzy, wzniesionej na miejscu wcześniejszego zamku w 1577 roku.






Oto gotycki most wzniesiony w 1280-1390, nawiązujący do przepięknego mostu Karola w Pradze...


Poza tym można zobaczyć Kościół św. Jerzego i św. Wojciecha z końca XIII wieku, późnogotycki kościół NMP z XIV wieku, klasztor i muzeum Ziemi Kłodzkiej. Wszystko warte zobaczenia...

piątek, 29 lipca 2011

Weekend poza domem...

Dziś jedziemy odebrać Kamilka z wakacji... Wczoraj powiedział mi, że wolałby spędzić ze mną te dwa tygodnie... Nie z babcią... Prawie się popłakałam... Mało brakowało...

Strasznie za nim tęsknię...

A to pogoda na weekend...

czwartek, 28 lipca 2011

Zamek Książ...

Muszę się w końcu zabrać za nasze zdjęcia sprzed dwóch tygodni. Zwłaszcza, że jutro jedziemy na trzy dni do Lądka, odebrać Kamilka z wakacji. I nie dość, że zrobimy dużo zdjęć, to jeszcze Kamil będzie miał dużo swoich... A tu jeszcze mam zaległe zdjęcia z Książa, Polanicy i Kłodzka...

Dziś będzie o Książu. To zdecydowanie jeden z najpiękniejszych i największych zamków w Polsce... Swoją obronną siedzibę wybudował tutaj w latach 1288 - 1292 książę świdnicko - jaworski Bolko I.

Na przestrzeni dziejów zamek wielokrotnie zmieniał właścicieli i wygląd, a największy wpływ na dzisiejszy jego charakter miała rodzina Hochbergów władająca zamkiem przez ponad 400 lat.

Podczas II wojny światowej teren zamku zostaje zaadoptowany przez nazistów na jedną z siedzib sztabu Adolfa Hitlera. Rozpoczęto wywózkę dóbr zamkowych, a pod zamkiem, w skale na której stoi rozpoczęto drążenie tuneli, które według niektórych teorii miały połączyć zamek z podziemnymi halami w Górach Sowich. Cel przedsięwzięcia nie jest dobrze znany, być może miała tu być kwatera Hitlera połączona z podziemnymi fabrykami. Wszystkie tunele były drążone za pomocą więźniów przymusowych, początkowo przez jeńców rosyjskich, a później więźniów z obozu Gross - Rosen. Po wojnie zamek doszczętnie zdewastowały i rozkradły wojska radzieckie. Prace konserwatorskie rozpoczęto w 1956 roku i trwały one ponad 30 lat.

Najbardziej znaną właścicielką zamku w Książu była księżna Maria Teresa Oliwia Cornwallis-West zw. Daisy, która urzędowała w zamku razem z mężem Janem Henrykiem XV Hochbergiem von Pless w latach 1907-1943.

A tak zamek wygląda obecnie...










Oficjalna strona zamku Książ - TU...
Wirtualne zwiedzanie - TU...

środa, 27 lipca 2011

Myszko-zające...

Jako że mamy wakacje, chociaż pogoda jak gdyby o tym zapomniała, pomyślałam, że można poszaleć z paznokciami...

I proszę... Oto moje pomarańczowe myszko-zające... Sama nie mogę się zdecydować... Najważniejsze, że świetnie poprawiają nastrój...

poniedziałek, 25 lipca 2011

Kolczykowa pasja...

Nie wiedziałam, że zarażenie pasją może być takie przyjemne. Dla mnie jest...

Od kiedy, rok temu, zobaczyłam u Novaczki własnoręcznie robioną biżuterię, to wiedziałam, że wpadłam po same uszy. Co prawda pasja musiała trochę odczekać, aż zaopatrzę się w potrzebne do wyrobu kolczyków akcesoria, ale doczekała się w końcu...
Kiedy? Chyba pierwsze egzemplarze wyszły spod mojej ręki przed Bożym Narodzeniem... A potem złożyłam drugie zamówienie - nie do końca udane... A potem było trzecie, taka wersja poprawiona... I zaczęła się produkcja. Z domu jakby wymiotło wszystkie koraliki... Ciężko już coś nowego znaleźć. W domu oczywiście, bo mój allegrowy dostawca pęka w szwach... Więc nie ma się czym martwić...

Mogę się tylko cieszyć, bo zaraziła moją pasją Kamilka... Czasem siedzimy sobie razem i tworzymy...


...bardzo mała część kolekcji...

Jak to kiedyś było...

Przeglądałam dziś nasze stare zdjęcia i wzruszyłam się... Jak diabli się wzruszyłam... Były tam zdjęcia sprzed siedmiu lat, ze szpitala, z pierwszych dni z Kamilem... Były jego pierwsze uśmiechy... Jego pierwsze nieporadnie kroki... I pierwsze spacery również... Jak dobrze było to zobaczyć... Przypomnieć sobie tamte chwile... Niezapomniane chwile... Już zapomniałam, jak to wtedy było... Tak beztrosko... Wszystko było takie nowe, takie świeże i jedyne... Niepowtarzalne...


photo - AgataMg

piątek, 22 lipca 2011

Ciągle pada...

"...ciągle pada! Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby,
Mokre niebo się opuszcza coraz niżej,
żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie..."

Tyle można powiedzieć o dzisiejszej LIPCOWEJ pogodzie... O matko! Już nie pamiętam, kiedy po raz ostatnie przez tyle dni z rzędu padało... Ciężko zebrać myśli... Ciężko jest czymkolwiek się zająć.... A wypadałoby przecież. Dobrze, że Kamil wyjechał na wakacje. Tylko co to za wakacje, jeśli tam też ciągle pada... Wszędzie pada... Jasna cholera mnie już bierze. Mam nadzieję, że na początku sierpnia będzie lepiej... Ech...

środa, 20 lipca 2011

Na diecie...

DIETA PROTEINOWA - Protal (proteiny + naprzemienne, franc. proteines + alternatives) nie jest zwykłą dietą, lecz kompletnym planem utraty masy ciała, nierozerwalną całością, którą w całości przyjmujemy lub odrzucamy.

Ogólne dla każdego etapu diety

Min. 1,5 litra płynów dziennie.

W fazie I oraz w fazie II najlepiej nie spożywać więcej niż 2 łyżki stołowe otrąb owsianych dziennie.

  • 1 łyżka – zalecana.

  • 2 łyżki – jeszcze lepsze rezultaty i poprawiają pracę jelit.

  • 3 łyżki – zwiększają skuteczność działania otrąb, ale mają już wartość kaloryczną. Taką dawkę należy obowiązkowo spożywać od początku fazy IV.

Kuracja musi zawierać jak najmniej soli.

Należy jeść tak często jak się chce (ale tylko produkty z listy dostępnych produktów dla tej diety).

Dozwolone produkty można dowolnie ze sobą łączyć.

Zaleca się pić w trakcie posiłków.

Eliminacja węglowodanów (produktów węglowodanowych), słodzik zamiast cukru.

Składa się z czterech następujących po sobie etapów:

Protal 1

Faza ataku prowadzona za pomocą diety czysto proteinowej pozwala na efektowny start przynoszący niemal tak błyskawiczne rezultaty jak głodówka lub dieta oparta na proteinach w proszku, ale bez ich wad i niebezpieczeństw.

W tym okresie trwającym od jednego do dziesięciu dni możecie żywić się ośmioma kategoriami produktów wymienionych poniżej.
Z tych ośmiu kategorii możecie dowolnie wybierać to, na co macie ochotę, beż żadnych ograniczeń i o każdej porze dnia. Wolno wam również te produkty dowolnie ze sobą łączyć. Zasada jest zatem prosta i nie podlega dyskusji: wszystko , co jest wymienione na zamieszczonej poniżej liście jest całkowicie dozwolone, a to, czego na niej nie ma , jest zakazane, zapomnijcie o tym na razie, wiedząc, że w niedalekiej przyszłości pokarmy te wrócą do waszego jadłospisu.

-chude mięso: cielęcina, konina, wołowina z wyjątkiem antrykotu i rozbratla z kością, wszystko na grillu lub pieczone w piekarniku bez dodatku tłuszczu
-podroby: wątroba, cynadry, ozór cielęcy lub wołowy (czubek)
-wszystkie ryby, tłuste, chude, o białej lub niebieskiej skórze, surowe, pieczone, wędzone lub gotowane
-owoce morza (skorupiaki i mięczaki)
-drób oprócz kaczki i bez skóry
-chuda szynka, chude wędliny indyka, kurczaka lub wieprzowe
-jaja
-chude produkty nabiałowe
-półtora litra wody z małą zawartością soli mineralnych
-środki wspomagające : kawa, herbata, herbatki ziołowe, ocet, zioła, przyprawy, korniszony,cytryna (nie jako napój), sól i musztarda (umiarkowanie)

Poza środkami wspomagającymi i ośmioma poprzednio opisanymi kategoriami, nie wolno wam jeść NIC INNEGO.
Produkty, które nie są wymienione na tej liście, są zabronione w fazie kuracji uderzeniowej.
Skoncentrujcie się na tym, co jest dozwolone i zapomnijcie o reszcie.
Urozmaicajcie wasz jadłospis, jedząc te produkty po kolei lub dowolnie je mieszając, i zawsze pamiętajcie, że możecie bez obaw korzystać ze wszystkich figurujących na liście składników.

Podczas dwóch pierwszych dni może pojawić się lekkie zmęczenie i mniejsza odporność na przedłużający się wysiłek.
Jest to okres zaskoczenia, kiedy ciało spala kalorie bez oporu i zastanowienia. Ale w tym czasie nie narzucajmy mu zbyt dużego wysiłku, należy unikać forsownych ćwiczeń fizycznych. Nic nie stoi na przeszkodzie, by uprawiać gimnastykę, jogging lub pływanie, jeśli macie to w zwyczaju.
Począwszy od trzeciego dnia, zmęczenie znika i zazwyczaj ustępuje miejsca poczuciu euforii i energii , które zwiększają się jeszcze pod wpływem tego, co pokazuje wskaźnik wagi.

Inne reakcje:
-trochę nieprzyjemny oddech i wrażenie suchości w ustach
-po czwartym dniu pojawia się zaparcie
-uczucie głodu znika po trzecim dniu kuracji

Protal 2

Faza równomiernego rytmu utraty wagi opiera się na naprzemiennej diecie proteinowej, która pozwala szybko dojść do upragnionej wagi.

Zachować wszystkie dozwolone w kuracji uderzeniowej produkty i dodać, bez zadnych ograniczeń co do ilości, godziny spożywania czy sposobów łączenie następujące surowe lub gotowane warzywa:

  • pomidory, ogórki, rzodkiewki, szpinak, szparagi, pory, zieloną fasolkę, kapustę, grzyby, seler,fenkuły

  • wszelkie zielone sałaty łącznie z cykorią, boćwinę, bakłażany, cukinię, paprykę

  • marchew i buraki pod warunkiem , że nie będą podawane do każdego posiłku.

Podczas trwania tej fazy stosować naprzemiennie okres protein z warzywami i okres protein bez warzyw, aż do osiągnięcia ustalonej wagi.

Naprzemienna dieta proteinowa, korzystając z impetu, jaki nadaje jej faza uderzeniowa oparta na czystych proteinach, musi nas teraz doprowadzić do upragnionej wagi. To niezwykle ważna część planu i zajmuje znaczną część czasu przeznaczonego na utratę wagi. Rytmiczne dodawanie warzyw zmniejsza siłę oddziaływania białej i nadaje drugiej fazie synkopowanego tempa zarówno w organizacji posiłków, jak i uzyskania wyników. W miarę upływających tygodni utrata wagi będzie następować tylko w fazach kuracji opartej wyłącznie na proteinach, kiedy organizm nie potrafi oprzeć się skutkom tak surowej diety, ale z każdym pojawieniem się warzyw w jadłospisie ciało znów przejmie kontrolę nad sytuacją i będzie w stanie przeciwstawić się diecie. Poprzez okresy przestoju rozdzielone okresami przyspieszenia , przez serię podbojów z następującym po nich czasem odpoczynku, osiągniemy wyznaczony cel.

Możliwe cykle fazy naprzemiennej:

- 5/5 (5 dni czystych protein jak w Fazie I/ 5 dni protein z warzywami z Fazy II)
- 3/3
- 1/1

Wg najnowszej książki Dukana rytm 1/1 często daje podobne rezultaty co 5/5, a nie wywołuje frustracji związanej z długim okresem bez warzyw i nie powoduje zniecierpliwienia oraz demotywacji. Jest to rytm najbardziej polecany przez dr Pierre Dukana.

- 2 dni protein (P), 5 dni protein z warzywami (PW) – jest to rzadko stosowany rytm, który polecany jest osobom słabym, wrażliwym, zaawansowanym wiekiem lub wszystkim, którzy mają niewiele kilogramów do zrzucenia. Powinien być stosowany przez osoby, którym zależy na bardzo powolnym spadku wagi.
- 2 dni protein (P), 5 dni zwyczajnego odżywiania – Jest inny wariant rytmu wyżej wymienionego 2/5. Kuracja dedykowana jest kobietom cierpiącym na cellulit, często bardzo szczupłym w górnych partiach ciała, ale obdarzonych krągłymi biodrami i udami.

Fazę II rozpoczyna się od cyklu z warzywami. Czas trwania fazy drugiej uzależniony jest od ilości kilogramów, które chcemy zrzucić. Fazę II kończymy w dniu, w którym uzyskamy wymarzoną lub zaplanowaną wagę. Po tej fazie następuje przejście do etapu III diety – fazy utrwalania osiągniętej wagi.

Protal 3

Faza utrwalenia uzyskanej wagi i niedopuszczenia do pojawienia się efektu jojo, szyli szybkiego ponownego przybrania na wadze, to okres w którym należy być szczególnie ostrożnym. Trwa dziesięć dni na każdy utracony kilogram.

Czas trwania kuracji przejściowej oblicza się zależnie od wielkości utraconej wagi : dziesięć dni nowej diety na każdy utracony kilogram. Jeśli straciliście 20 kg, trzeba ją stosować przez okres wynoszący 20 razy dziesięć dni, co stanowi dwieście dni, czyli sześć miesięcy i dwadzieścia dni, a 10 kg oznacza sto dni. W ten sposób każdy łatwo obliczy czas dzielący go od ostatecznej stabilizacji.

Podczas fazy utrwalania wagi należy jak najściślej stosować się do diety pozwalającej na spożywanie następujących pokarmów:

- pokarmy proteinowe fazy I (uderzeniowej)
- warzywa fazy II
- jedna porcja owoców dziennie, oprócz bananów, winogron i czereśni, orzechów i suszonych owoców
- 2 kromki pełnoziarnistego chleba dziennie
- 40 gramów sera żółtego
- 2 porcje produktów skrobiowych tygodniowo.
Według pierwszej książki Dukana: ryż i ziemniaki jemy okazjonalnie,ryż basmati, dziki lub pełnoziarnisty, ziemniaki: najlepiej w koszulkach lub pieczone w folii.


Według książki ‘Metoda doktora Dukana’: biały ryż oraz ziemniaki są zakazane w fazie III.
- udziec jagnięcy, pieczeń z polędwicy wieprzowej (schab) lub szynka
- dwa odświętne posiłki w tygodniu: tzw. UCZTA KRÓLEWSKA – dwa razy tygodniu, w odstępach co najmniej jednego dnia, możemy sobie pozwolić na posiłek do tej pory zakazany: pizza, lody winko.

WAŻNE: posiłek zjadamy na raz, nie dokładamy sobie po jakimś czasie. Na ucztę składają się: przystawka, danie główne, deser oraz kieliszek wina.

Protal 4

Faza definitywnej stabilizacji opiera się na prostej zasadzie, niezbędnej, by zachować uzyskaną wagę: jeden dzień ścisłej diety proteinowej w każdy czwartek do końca życia. Zalecenie ostre i niepodlegające żadnym negocjacjom, ale wystarczająco skuteczne i precyzyjne, aby można je było zaakceptować na tak długi czas.

Należy przejść do normalnego sposobu odżywiania się podczas sześciu dni w tygodniu, zachowując dobre nawyki żywieniowe nabyte podczas diety i stosować co czwartek lub, jeśli to niemożliwe, w środę lub piątek jeden dzień czystych protein (kuracja uderzeniowa) w sposób regularny i obowiązkowy przez całe życie.

Obowiązkowe spożywanie 3 łyżek stołowych otrąb owsianych dziennie.

Zaniedbanie tych trzech zasad, stanowiących jeden z filarów planu diety, to gwarancja odzyskania całej utraconej wagi w najbliższej przyszłości.

I tyle byłoby wiedzy typowo książkowej. Czas na moje spostrzeżenia. Czy dieta działa? Na mnie jak najbardziej tak. I sama jestem zaskoczona jej efektem, bo nie spodziewałam się, że mogę tak wyglądać i tak dobrze się czuć... Uprzedzam jednak, że trzeba uważać, bo moja siostra przesadziła z dietą i teraz nie może przytyć. Tak więc uwaga.

Ile udało mi się zrzucić? Około 25 kilogramów w około 6 miesięcy! To bardzo szybko. Najbardziej spektakularne były pierwsze tygodnie, gdzie gołym okiem widać było różnicę. Wszystkie moje ubrania nagle zrobiły się luźne, a po kolejnych tygodniach nie nadawały się już do noszenia...


Czy dieta była bardzo uciążliwa? To zależy jak bardzo potrafimy urozmaicić sobie nasze menu. A możliwości jest naprawdę wiele, wszystko zależy od nas. Ja nie miałam z tym problemów. Absolutnie żadnych. Co prawda na początku byłam ciągle głodna, ale tylko przez pierwsze dni, potem uczucie głodu minęło. Za to zaczęło ubywać kilogramów.

Czy ćwiczyłam? Ani jednego dnia. A chudłam mimo wszystko, co było dla mnie bardzo wygodne, bo nie lubię ćwiczeń. Wraz z utratą kilogramów miałam coraz więcej energii...

Nie miałam żadnych problemów z cerą czy włosami. O paznokciach nie mogę nic powiedzieć, bo od trzech lat mam moimi paznokciami zajmuje się Ania (kładzie na nich żel).

Najważniejsze jest, że zaczęłam w końcu dobrze się ze sobą czuć. Dieta wpłynęła nie tylko na moje ciało, ale przede wszystkim na moją samoocenę. Jestem teraz zupełnie inną dziewczyną. I chociaż moja dieta skończyła się około rok temu i przybyło mi kilka kilogramów, to nadal świetnie się ze sobą czują. I już planuję wrócić do diety.

piątek, 15 lipca 2011

Muffinki...

Torby spakowane, stoją w sypialni i czekają na zniesienie do samochodu. Ale to dopiero jutro. Dziś zostało jeszcze dopakowywanie, rzecz najgorsza... Bo zawsze znajdzie się coś, co można by jeszcze ze sobą zabrać... Bo i pogoda może być różna... Bo Kamil może się przecież ubrudzić czy zamoczyć... Różnie może być... I na wszystko trzeba być przygotowanym. Zwłaszcza, że mnie nie będzie na miejscu, będzie tylko babcia...

A dziś naszło mnie na pieczenie... Znów...

Oto przepis na pyszne muffinki

Masa czekoladowa:

100 g masła

40 g kakao

100 g cukru

2 jajka

100 g mąki pszennej

1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

Masa serowa:

150 - 200 g sera twarogowego śmietankowego (np. zmielonego jak na sernik)

1 czubata łyżeczka mąki

3 łyżki cukru

1 białko jajka

oraz

świeże lub mrożone jagody, truskawki (może być też dżem)

Babeczki można piec w papierowych papilotkach o średnicy 5 cm mierzonych po dnie, ułożonych w formie na muffiny, lub metalowych foremkach na mini tarty.

Przygotowanie:

Piekarnik nagrzać do 175 stopni. W rondelku na małym ogniu roztopić masło, dodać kakao, wymieszać do rozpuszczenia i zagotować. Odstawić z ognia, dodać 3 łyżki konfitury wiśniowej (z wiśniami lub bez), cukier, jajka, przesianą mąkę razem z proszkiem do pieczenia. Delikatnie wymieszać łyżką do połączenia się składników.

W miseczce wymieszać łyżką twaróg z mąką, cukrem i białkiem jaja.

Czekoladową masę wyłożyć do papilotek włożonych we wgłębienia formy na muffiny lub do blaszanych foremek na mini tarty. Masą wypełnić pojemniczki nie więcej niż do około 1/2 - 2/3 ich objętości. Na wierzch wyłożyć masę serową a w środek włożyć po 3 wiśnie z konfitury lub syropu (uwaga: foremki nie mogą być całkowicie wypełnione, gdyż ciasto urośnie jeszcze podczas pieczenia). Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec przez ok. 25 minut.

Ostudzić na metalowej kratce. Udekorować pozostałymi wiśniami z konfitury i syropem. Można jeść jeszcze ciepłe, można zamrażać.

Smacznego!

czwartek, 14 lipca 2011

Letni design...

Pakowanie ciąg dalszy... Wszędzie porozkładane rzeczy Kamilka blokują prawie każdy kąt... Jeszcze czeka mnie prasowanie, ale i tak wczoraj znalazłam chwilę dla siebie. Dla siebie i moich paznokci. I oto efekt tego zajmowania się sobą...

wtorek, 12 lipca 2011

Po godzinach...

Po godzinach... Co to właściwie znaczy 'po godzinach'? Czy ja kiedykolwiek jestem po godzinach? Ciężko powiedzieć, jeśli nie mam stałej pracy, która zajmuje mi pół dnia. Teraz praktycznie zajmuje mnie tyle spraw, że doba znów stała się zbyt krótka.
Mam w planach założenie na Allegro aukcji z biżuterią i usługami obróbki zdjęć. Samo przygotowanie się do tego zajmuje mi dużo czasu, ale powoli posuwam się do przodu. A do tego jeszcze Rafał zamówił u mnie stronę dla firmy i myślę, że jeszcze w tym tygodniu się tym zajmę. Tak więc nie mogę narzekać na nudę. I nie narzekam. Wczoraj zrobiłam próbną stronę i myślę, że wygląda całkiem nieźle. Przynajmniej ja jestem zadowolona.
Jestem tak zajęta, że z ledwością znajduję czas dla siebie. I dla Kamilka, którego już w sobotę zawozimy na wakacje z babcią. Czeka mnie jeszcze pranie, prasowanie i pakowanie... No i nas koniec wycieczka do Książa i Kłodzka. Finał będzie w Lądku Zdroju, bo to jest właśnie nasze miejsce docelowe...

niedziela, 10 lipca 2011

Urodzinowo...

Dziś kończę 34 lata. Jaka jestem? Szczęśliwa ze sobą, jak chyba nigdy wcześniej. Jeszcze kilka lat temu bardzo siebie nie lubiłam, bo niby za co? Miałam naprawdę szalenie ciężki okres w swoim życiu... Nie widziałam dla siebie miejsca w życiu... Zatonęłam w blogu Kamilka i czułam się tam po prostu bezpiecznie. Nikt ode mnie nic nie chciał i tak było mi wygodnie. Do tego stopnia, że zaczęłam myśleć, że nie lubię ludzi. Teraz jest to wprost nie do pomyślenia... Ale wtedy byłam zamknięta w czterech ścianach, z małym dzieckiem, bez perspektyw na przyszłość. Nic dziwnego, że nie chciało mi się żyć... Jedynie Kamil trzymał mnie przy życiu. I kiedy teraz, po około 5 latach przeglądam tamte notatki i czytam to, co wtedy pisałam, wiem w jakim żyłam błędzie... Tak naprawdę miałam wszystko, co potrzebne mi było do szczęścia. Poza pracą, której teraz też nie mam. I przeraża mnie to bardzo! Nie chcę, żeby powtórzyło się to, co wtedy czułam... Nigdy więcej!

czwartek, 7 lipca 2011

Koniec pewnego etapu...

Dziś skończyłam pewien etap w życiu. Nosiłam się z tym zamiarem już od bardzo, bardzo dawna i dziś podjęłam w końcu ostateczną decyzje. To znaczy, czy naprawdę ostateczną, to jeszcze nie wiem... Jednak na razie wiem, że słuszną... Skończyłam pisać jeden z moich blogów. Właściwie nie moich, ale Kamilka... Prowadziłam, go od prawie pięciu lat, w co mnie samej niesłychanie ciężko jest uwierzyć. Ale wytrwałam aż tyle, co jest dziwne przy moim słomianym zapale.
Jakie to były lata? Bardzo różne, bo wiele wydarzyło się w ciągu tych pięciu lat... Wiele przeszłam, zmieniłam się ja i Kamil. Nie jesteśmy już tacy sami. Obydwoje dorośliśmy... Kamil nie jest już rozkosznym bobasem wołającym za mną 'mamamama'. Jest chłopcem z własnym zdaniem, którego broni za wszelka cenę. Tak strasznie jest podobny do mnie, że aż dziw bierze... Ja też nie jestem już tą samą nieśmiałą grubaska, jaką byłam wtedy... O przemianie i odchudzaniu jeszcze z pewnością napiszę, bo to było coś naprawdę wielkiego i ważnego... Bardzo zmieniła mnie praca, która przypomniała mi o wielu ważnych rzeczach w życiu i pomogła mi otworzyć oczy na niektóre sprawy. Może nie tyle praca, ale ludzie, których dzięki niej spotkałam...
Skończyłam nasz pobyt na smykach i jakoś mi z tym dziwnie. Jakoś tak pusto i nieswojo. Mimo że nie zaglądałam tam już od wielu miesięcy, to jednak czują pustkę. I to wielką. Nie pomógł nawet drugi blog, który prawdopodobnie ożyje dopiero w nowym roku szkolnym, kiedy Kamil pójdzie do zerówki... Wtedy zacznie się nasza nowa przygoda, która potrwa kilka ładnych lat... A na razie z wielkim sentymentem myślę o tych wszystkich dziewczynach, które mogłam poznać dzięki blogowi. Mogłam chociaż na chwilę stać się uczestnikiem ich smutków i radości. Mogłam razem z nimi śmiać się i płakać... Tęsknić za nimi i denerwować się podczas ich nieobecności... Będzie mi tego brakować...
Ale czas nie stoi w miejscu... Czas gna do przodu nieubłaganie...

sobota, 2 lipca 2011

Bananowiec na sobotę...

Lipiec, mój miesiąc... Mój ulubiony... Niby lato, a tu za oknem deszcz szaleje. Ulewa taka, że nie da się wyjść z domu.
A wyjście nas czeka... Wieczorem... Do dentysty z Kamilkiem... Nawet nie chcę o tym myśleć...
Tak przy sobocie dziś przepis na pyszne ciasto bananowe... Wypróbowane, łatwe i pyszne. Więc czego chcieć więcej... Przepis wzięty od Mamrotki...
Na bananowca potrzebujemy:

1/2 szkl. oleju
1 szkl. cukru
2 całe jajka
4 banany (im bardziej przejrzałe tym lepsze - bo słodsze)
1 i 3/4 szkl. mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
W oryginalnym przepisie był jeszcze aromat i orzechy oraz rodzynki.

Na początek trzeba sobie włączyć piekarnik - żeby się nagrzał do 160 stopni.
Do miksera wrzucamy olej i cukier - mieszamy chwilę. Dorzucamy 2 całe jajka - mieszamy chwilę. Dodajemy zgniecione banany - mieszamy chwilę. Wrzucamy mąkę, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną. Chwilę to mieszamy, aż się mąka wymiesza. Wlewamy do nasmarowanej i posypanej tortownicy.
Pieczemy około 90 minut.
I to tyle...
Smacznego!

czwartek, 30 czerwca 2011

Po przerwie...

Miałam przerwę w pisaniu... Dłuższą, niż bym chciała. Przez ten czas tak wiele się wydarzyło. Tak wiele, że ciężko mu to wszystko nadrobić. I nawet nie będę próbowała.

W każdym razie już od miesiąca nie pracuję. Ważniejsza ode mnie okazała się koleżanka szefowej, co tak naprawdę wcale mnie nie dziwi. Takie życie. Zawsze to lepiej mieć przy sobie szpiega, który będzie stał to twojej stronie, niż kogoś kto bardziej dba o bliskich sobie ludzi. A tych bliskich było naprawdę wielu... Nie chcę o tym pisać, bo rozstanie z niektórymi naprawdę mnie zabolało i boli do dziś. W wolnej chwili muszę się z nimi spotkać i jakoś porządnie pożegnać. W chwilach kryzysowych mogłam liczyć na ich dobre słowo, na pomocna dłoń i na chwilę zainteresowanie. To było i jest dla mnie bardzo ważne. A z niektórymi mam nadzieje spotykać się od czasu do czasu. Albo chociaż rozmawiać przez telefon, mimo że nie jestem fankę rozmów telefonicznych. Nie chciałabym, żeby nasze kontakty się urwały... Bo wśród całej masy zwyczajnych ludzi spotkałam prawdziwe perełki. Ludzi, na których warto jest czekać całe życie. I szkoda byłoby stracić z nimi kontakt...

Agata

czwartek, 10 marca 2011

O fascynacji...

O fascynacji będzie... O fascynacji, która ma wielką moc... Fascynujące mogą być przeróżne rzeczy... Od cudów przyrody, poprzez ludzi, książki i rozmaite zainteresowania. Praca również może być fascynująca, o ile sprawia nam przyjemność. Ale nie o pracy chcę napisać... Myślę o czymś bardziej przyziemnym... Nie będzie wzdychania nad żadnymi cudami i wspaniałościami... Będzie o fascynacji drugim człowiekiem... Obcym mężczyzną...
Cała sprawa jest banalna i stara jak świat... A jednak na samą myśl przechodzą mnie dreszcze... Ech... Wśród moich klientów, przeróżnych z resztą, jest jeden wyjątkowy. Na pozór nic szczególnego, ot, zwyczajny facet. Ale... Od chwili, kiedy pierwszy raz powiedział 'dzień dobry' mój umysł oszalał... Brzmienie Jego głosu poruszyło najczulszą strunę i przyprawia mnie za każdym razem o drżenie... Normalnie mnie, starej babie, miękną kolana! Do tego stopnia, że w głowie narodziła mi się szalona myśl o małym flircie... Sama jestem zaskoczona siłą tej fascynacji... W tym głosie jest jakaś nuta, która porusza mnie do głębi... Ach...